tarcza Biuletyn Szkolny

Numer 5 (75) - maj - rok szkolny 2004/2005

Loża Dyrektora


Elżbieta Jędrzejowska

A przecież mi żal...

Gdy szesnaście lat temu zgłosiłam się do ówczesnego kierownika naszej szkoły z zamiarem podjęcia pracy jako nauczyciel, przyjrzawszy się mi krytycznie stwierdził, że może mi zaofiarować tylko I klasę szkoły podstawowej, bo w innych sobie pewnie nie poradzę. Nie pomogły argumenty, że przygotowanie metodyczne mam akurat do starszych grup, zwycieżyła wiara kierownika, że autorytet, jakim możemy się cieszyć wśród uczniów jest wprost proporcjonalny do wzrostu . Musiało mi bardzo zależeć na jakiejś namiastce pracy nauczycielskiej, skoro propozycję przyjęłam. Dziś mogę uczciwie przyznać, iż był to jedyny rok w dziewiętnastoletniej historii szkoły, gdzie mieliśmy wyjątkowo kiepskiego nauczyciela – i to o zgrozo -w klasie pierwszej! Wymagałam od uczniów za dużo (w moim przedkanadyjskim życiu uczyłam klasy maturalne), w sumie pojęcie miałam blade, o tym czego można od takiego dziecka oczekiwać. Najlepszy dowód, iż przez kilka tygodni tkwiłam w głębokim zachwycie nad umiejętnościami czytania 6-letniego Tomeczka, aż do momentu, kiedy wertując mu kartki elementarza, zorientowałam się, iż Tomkowi nie robiło różnicy, na której stronie otworzyłam mu ksiażkę, czytał zawsze ten sam tekst, ten, który ostatnio zadałam i którego nauczył się od A do Z na pamieć. Doprowadzałam do ciężkiej desperacji Arturka, który - ilekroć w klasie wykonywaliśmy jakiś rysunek - zapełniał różnej długości i grubości kreskami wszystkie wolne kartki w zeszycie, i tylko dlatego, że miał do czynienia z osobą tak pozbawioną plastycznej wyobraźni jak ja, skazany był ciągle na tłumaczenie, która kreska jest mamusią, tatusiem, a która młodszą siostrą.

Nie wiem, czy w ogóle przetrwałabym ten pierwszy rok, gdyby nie fachowe i duchowe wsparcie Aliny Kapuścińskiej, która nie tylko wiedziała wszystko, co należało wiedzieć o szkole, uczenie i to z sukcesem takich maleństw miała już za sobą, ale na dodatek zawsze chętnie służyła radą i pomocą.


Nie wiem również, co zdecydowało o tym, że w następnym roku szkolnym kierownik przystał już na przesunięcie mnie do starszej klasy (skargi rodziców? moje całoroczne utyskiwania?), dość, że od tego momentu uczyłam najstarsze klasy w szkole i przestałam się czuć niekompetentna.
Dlaczego nagle to wszystko wspominam? Chyba jak każdy człowiek, który zamyka kolejny etap swojego życia, potrzebuję dokonać jakiegoś podsumowania, a może po prostu z belferskiego nawyku piszę wypracowanie, do którego nieodmiennie zmuszałam uczniów ostatniego kursu licealnego, wypracowanie na temat: Moje lata w polskiej szkole, cóż mi z nich zostanie? Rozmyślając nad tym, uświadomiłam sobie, że odpowiedź jest banalnie prosta. Najpiękniejszym i niezacieralnym wspomnieniem są ludzie, z którymi miałam przez te lata szczęście pracować. Tak, tak szczęście. Dzięki uczniom (dopóki uczyłam) miałam złudzenie przedłużającej się młodości, ciekawości świata jaka właściwa jest tylko dzieciom. Dzięki wspaniałym koleżankom z grona nauczycielskiego nie tylko ciągle się uczyłam, ale czułam się na właściwym miejscu i miałam – co najważniejsze – poczucie sensowności tego, co robimy. Później – już jako kierownik szkoły – mogłam sprawiać wrażenie osoby zorganizowanej i systematycznej, bo wiedziałam, że mam za sobą darzone pełnym zaufaniem, sprawnie funkcjonujące grono, które nie tylko powstrzyma mnie przed popełnieniem kardynalnych błędów, ale jeśli o czymś zapomnę, przywoła mnie do porządku. Ponadto mając za zastępcę najpierw Różę Puszko, a później Lidkę Pacak mogłam nie tylko spać spokojnie, ale miałam ten luksus, że wiedziałam, że w wielu rzeczach zostanę wyręczona.

Miałam równiez to szczęście, że cieszyłam się dużym poparciem rodziców, co pozwalało regulować wszelkiego typu kwestie w atmosferze partnerskiej dyskusji. Bardzo ułatwiało to wszystkim nam pracę
i decydowało o przyjaznym klimacie w szkole. Jeśli do tego dodam jeszcze wszelkie wykonywane społecznie prace przez kolejnych działaczy Komitetu Rodzicielskiego: przewodniczacych, skarbników, organizatorów zabaw, redaktorów biuletynu szkolnego, bibliotekarki, koordynatorów ciasteczek, mamy klasowe itd... zrozumiecie Państwo, że występkiem byłoby narzekać .
 
Dobrowolnie acz z żalem żegnam się ze szkołą. Toteż, gdy zadajecie mi pytanie, czy nie będzie mi szkoda, odpowiedź jest jedna: już jest mi szkoda! Zawsze będę was ciepło wspominać i zawsze będę się czuła związana ze Szkołą Jana Pawła II. Dziękuję Wam wszystkim gorąco za minione lata współpracy. Szkołę zostawiam w bardzo dobrych rekach, jeśli zapewnicie Państwo mej następczyni Lidce Pacak tyle samo zaufania i wsparcia, ile ofiarowaliście mnie, wszystko będzie lepiej.


Życząc wszystkim słonecznych i radosnych wakacji,




Elżbieta Jędrzejowska




Kalendarz szkolny | Informacje o szkole | Komitet rodzicielski | Klasy | Kącik uczniów | Album szkolny | Dla nieobecnych | Biuletyn Szkolny | Kontakt