Jest Pan w Kanadzie prawie tyle samo czasu co ja, a mi
prawie każdy zadaje to pytanie: jak ci się tu podoba. No więc jak Panu
się tu podoba?
Po roku pobytu tutaj dwie rzeczy sobie zażyczyłem – choć
normalnie nie miewam żadnych życzeń: by nie mówić o mnie „to jest
nowy konsul”, bo już nie jestem nowym konsulem, i by nie pytać mnie, jak
mi się tu podoba. Wydaje mi się, że to jest piękny kraj, ale może mi się
wydawać, ponieważ nie bardzo mam czas, żeby go oglądać. Podoba mi się przede
wszystkim to, że mogę spokojnie pracować, bo mam dużo kooperantów
– i ze strony mieszkających tu Polaków i miejscowych władz – i to
jest piękne. Podejrzewam, że miasto Montreal jest równie piękne, ale
proszę mi wierzyć, że widziałem je tylko kilkakrotnie. Mam bardzo dużo zajęć
i pierwszy urlop od mojego przyjazdu zacznę dopiero pod koniec grudnia.
A dokąd się Pan wybiera?
Do Stanów.
Czyli nie wykorzysta Pan tej okazji na poznawanie Kanady?
Zimą Kanada nie jest krajem do zwiedzania. Byłem dwa razy
nad Niagarą w środku zimy i to już było raz za dużo, bo drugim razem Niagara
była taka sama. Natomiast trzeba tam więcej czasu spędzić wczesną jesienią,
gdy jest piękna, kolorowa. A jadę na urlop, by uciec od Kanady, bo ona
mi się zawsze kojarzy z pracą. A pod drugie tam, na południu, jest cieplej.
Jeździ Pan dużo po świecie, życie konsula jest więc na
pewno bardzo ciekawe, ale to przecież życie na walizkach. Jaki ma do tego
stosunek Pana rodzina?
To nie jest życie na walizkach, bo my przenosimy się na kilka
lat. Jest wiele zawodów, wiele firm, które wymagają od swoich
pracowników ciągłych podróży. Ja natomiast przyjeżdżam w
jakieś miejsce i tam jest mój dom. Tam mam rodzinę, tam mieszkam,
tam śpię i jem, dzieci chodzą do szkoły, więc my zmieniamy dom, a nie podróżujemy.
Choć trzeba pamiętać, że ludzie, którzy podróżują
w sprawach służbowych wcale nie zwiedzają, oni oglądają ten świat
z okna samochodu czy hotelu. Dlatego cały czas powtarzam, że zazdrość ludzi
i twierdzenie, że „widział Pan kawałek świata” są trochę nieuzasadnione
ze względów turystycznych. Mam natomiast tę przewagę nad wieloma
turystami, że jak już gdzieś jadę, to poznaję ten kraj bardzo dobrze. Bywam
u ludzi w domach, chodzę na uroczystości, w których turysta zwykle
nie uczestniczy. My poznajemy świat dogłębnie i to jest w tej pracy najbardziej
ciekawe. Choć faktem jest, że dla dzieci jest to poważny stres, ponieważ
muszą co jakiś czas zmieniać środowisko, przyjaciół. Nauczyliśmy
się już nie zawierać związków na dłużej, poznajemy ludzi w określonych
sytuacjach, podtrzymujemy z nimi jakąś korespondencję, ale to nie są przyjaźnie
na całe życie.
To znaczy że Pan nie ma przyjaciół?
Raczej nie. To znaczy nie w sensie posiadania nieprzyjaciół,
ludzi działających wbrew mnie. Ale takich osób, które by
mogły być bliskimi powiernikami nie mam. Bowiem wbrew pozorom za granicą
człowiek jest cały czas oficjalnie. Nie ma limitu
czasu pracy. Tutaj zawsze i wszędzie jestem konsulem generalnym, poza
wyjazdem na urlop.
Mówi Pan, ze w każdym miejscu, do którego
Pan przyjeżdża, zakłada Pan nowy dom. Gdzie więc jest Pana prawdziwy dom?
Zawsze w Polsce.
W jakim mieście?
W Warszawie. Jestem stamtąd, tam się urodziłem i tam
spędziłem młodość. Choćbym nie wiem w jak pięknym świecie przebywał, zawsze
tam wrócę.
Zbliżają się święta. Czy ma Pan w pamięci jakieś szczególne
Boże Narodzenie, jakąś wyjątkową wigilię w Pana życiu?
Wszystkie są takie same, bo wszystkie są spędzone z rodziną
i to jest najważniejsze. Dlatego wszystkie przechowuję w pamięci. Pierwszy
raz w ubiegłym roku zdarzyło się, że córki naszej nie było w domu,
bo została w Polsce, ale spędzaliśmy wigilię z jej zdjęciem.
Czy z dala od Polski są zachowywane w Pana domu polskie
tradycje świąteczne?
Oczywiście!
Czego w takim razie nie może zabraknąć na wigilijnym stole
w Pańskiej rodzinie?
Nie może być przede wszystkim sztucznej choinki, to jest
niedopuszczalne w moim domu. Zawsze mieliśmy prawdziwe drzewko, nawet w ciepłych
krajach, bo ja przez wiele lat byłem konsulem w krajach arabskich. Był
to problem, ale sobie radziliśmy. Natomiast, jeśli chodzi o potrawy, to każdy
rejon ma jakieś swoje tradycje.
No właśnie – zupa grzybowa czy barszczyk?
Zupa grzybowa. Zawsze po ślubie kojarzą się obyczaje dwóch rodzin.
W Polsce nasze wigilie są zawsze dość liczne, bo rodzina mieszka blisko
siebie i chodzimy do siebie na piechotę. Na wigilie spotykamy się razem i
każdy przynosi swój specjał. Teściowa jest specjalistką od zupy grzybowej,
szwagier robi rewelacyjne pierogi, ja jestem specjalistą od ryby po grecku,
teść robi bardzo dobrego karpia w galarecie, moja żona jest ekspertem od
śledzi a słodyczami zajmuje się moja córka. Stół jest bardzo
zróżnicowany, ale zawsze trzymamy się tradycji i zawsze jest minimum
dwanaście potraw.
Co jest Pana ulubioną potrawą?
Wigilijną – ryby w galarecie.
A nie wigilijną?
(Tu śmiech) Pasztet domowy...
A o jaki prezent prosi Pan Mikołaja w tym roku?
Zdrowie. Wprawdzie nam go nie brakuje, ale też nigdy go za
dużo.
Życzę więc, by się spełniło!
Violetta Pieniak